Godzina 16, teraz słońce cholernie dawało się we znaki. Ale las było już widać z oddali. Czułem mrowienie w nogach. Strasznie zdrętwiały. Gdybym mógł, położyłbym się, ale misja nie pozwalała - Nie mogę zawieść profesora Oaka! Green posiada tylko Charmandera.. Jest to piękny Pokemon. Ognisty. Chciałbym takiego mieć. Nagle zorientowałem się, że dosłownie wlekę się za nim. Tak więc przyspieszyłem tempo i zrównałem z nim kroku. Ujrzałem tylko kątem oka, drwiący uśmiech na jego twarzy. Nienawidzę tego. Nie potrafiłem zacząć z nim rozmowy. Nic. Nagle potknąłem się o wystający kamień i upadłem na kolana. Przygryzłem dolną wargę. Green obejrzał się przez ramię i rzucił - Wstawaj fajtłapo, zejdzie nam to do jutra, a to wszystko przez Ciebie! - ruszył dalej. Zmotywowało mnie to, pozbierałem się i wstałem. Po jakimś czasie zanurzyliśmy się w leśną gęstwinę. Im głębiej szliśmy, tym więcej było cienia i chłodniejszego, rześkiego powietrza. Teraz można odetchnąć. Green zatrzymał się, ja więc skorzystałem z okazji i opadłem na ściółkę, aby chociaż moje nogi miały chwilę wytchnienia. Green właśnie wypuścił Charmandera, który zniknął w krzakach i spojrzał w moja stronę - wstawaj, idziemy. Mamy trop. - sam także zanurzył się w gęstwinie, a ja wstałem i pobiegłem za nimi. Ujrzałem przerażonego Caterpie, którego przestraszył Charmander. Green rzucił w niego pokeballem, który wciągnął Caterpie do środka. Nie wyszedł już... Green spojrzał na mnie z triumfalnym uśmiechem. I tak minęło kilka godzin. Pod wieczór, mieliśmy już złapanych osiem Caterpie. Green stwierdził, że tyle powinno wystarczyć. Green wysłał mnie po zebranie drewna na opał. Tak więc po paru minutach wróciłem i miłym zaskoczeniem dla mnie, było, przygotowanie spanie dla mnie, dla niego i Charmandera. Ułożyłem drewno w taki sposób, aby można było rozpalić ognisko. Charmander podpalił i mieliśmy ognisko. Green podał pokarm dla pokemonów, Charmanderowi i spojrzał na mnie - Przykro mi, nie mam nic dla ludzi. Wiem, że jesteś głodny... ja też jestem, ale nie pomyślałem o tym. - mruknął, jak by zawiedziony, że sam zaliczył wpadkę. Wszedł do śpiwora i odwrócił się plecami do mnie. Sam także położyłem się i chcąc być uprzejmym, powiedziałem - dobranoc, Green - . Green, również odpowiedział - dobranoc. - Szybko zasnąłem. Gdy nadszedł ranek, obudziło mnie gryzienie w nadgarstek. Otworzyłem oczy i ujrzałem Charmandera, próbującego wyrwać mnie ze snu. Szybko podniosłem się i wstałem. Szukałem wzrokiem Greena, ale nie było go... Zacząłem chować swój śpiwór do plecaka. Charmander spojrzał na mnie, po chwili wynurzył się Green, patrząc na mnie z tym swoim lekceważącym uśmiechem... - zaspałeś - nie odpowiedziałem nic, tylko podszedłem do niego i wyruszyliśmy dalej. Dzisiaj było polowanie na Weedle! Jeden po drugim, łapaliśmy je w bardzo szybkim tempie. Ale zapuściliśmy się tak głęboko w las, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Przeszliśmy przez gęstwinę liści, Green zaczął głośno narzekać... - Red, czemu Ty musisz się tak wlec?! Dlaczego, dziadek kazał mi Cię ze sobą zabrać?! Za jakie grzechy... - Ten jego lament był żałosny, ja też miałem dosyć, ale nie maiłem do niego żadnych pretensji! Nagle usłyszałem przeraźliwe bzyczenie, nad naszymi głowami przeleciał Beedrill. - Beedrill! - krzyknąłem głośno. Po chwili kawałek dalej było słychać przeraźliwe bzyczenie roju Beedrillów. Zaczęliśmy się cofać, pierw pomału. Potem Green odwrócił się i zaczął biec, wraz z Charmanderem, a ja pędem za nimi. Odwróciłem tylko lekko głowę i ujrzałem cały ogromny rój Beedrillów, lecących za nami.
- Coś Ty narobił?! - wrzasnął Green.
-Ja?! To Ty krzyczałeś, czepiając się mnie! - odgryzłem mu się, teraz już nic się nie odezwał. Green szybko przywołał Charmandera do pokeballa, biegnąc dalej.
-Tam jest rzeka! - krzyknął. Kiwnąłem tylko głową. Green zniknął w krzakach, ja zaraz za nim. Usłyszałem plusk. Wskoczył. Poczułem, że zapadam sie w urwisku i zacząłem spadać. Wydałem z siebie lekki okrzyk zdziwienia i uderzyłem z pełną mocą w tafle wody. Po chwili szybko się wynurzyłem i spojrzałem na mokrego Greena. On spojrzał na mnie.
-Teraz sie zanurz. Zaraz tędy przelecą. - po tych słowach Green sie zanurzył, a ja zaraz po nim. Usłyszałem tylko stłumione przeraźliwe bzyczenie. Wynurzyliśmy się. Zmęczeni, wyszliśmy na ląd.
-Koniec łapania Weedlów... - oznajmił zmęczony Green i położył się na piasku. Poszedłem w jego ślady, przymykając oczy. Teraz trzeba tylko wyjść bezpiecznie z lasu Viridian...
czwartek, 21 czerwca 2012
środa, 20 czerwca 2012
Siemka Green!
Kolejny nudny dzień w Pallet town. Obudziłem się po godzinie 10, przetarłem oczy i stwierdziłem, że znowu zaspałem do szkoły. Wygramoliłem się z łóżka, szybko założyłem spodnie, trampki, koszulkę i charakterystyczną czerwoną koszulę z białymi rękawkami i stojącym białym kołnierzykiem, oraz moją ukochaną czapkę z daszkiem, wygraną z ligi pokémon. Moim marzeniem było zostać trenerem Pokémon. W pośpiechu założyłem czarne skórzane rękawiczki bez palców i wziąłem mój czerwony plecak. Zbiegłem na dół, przebiegając jak tornado przez kuchnie. Wziąłem tylko paczkę ciastek i wybiegłem z domu. W drodze do szkoły doskwierało mi to cholerne słońce. W centrum miasteczka było jakieś zamieszanie. Zatrzymałem się i rozpychałem łokciami przez tłum. Cóż... dla szczupłego 13-latka, przepychanie się przez dorosłych mężczyzn, nie należy do łatwych zadań. Gdy dotarłem do celu ujrzałem... wysokiego chłopaka, w wieku 17-18 lat... obok niego stał Pokémon... Więc on był tym wnukiem Profesora Oaka, który przyjechał ze szkolenia dla trenerów. Został trenerem. Ja też tak bardzo chciałem nim być... Green Oak... Musiał prezentować jakieś sztuczki. Beton był osmalony. Nagle poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Zadrżałem przerażony. Ktoś odwrócił mnie w swoją stronę. To był mój wychowawca.
-Mam Cię, gówniarzu! Wagarujesz sobie, idziemy do dyrektora. Już za dużo opuściłeś, abym Cię puścił.
Zaczął ciągnąć mnie za rękę, wyprowadzając z tłumu. Tym krzykiem zrobił niezłe widowisko, że nawet zielonooki blondyn spojrzał się z uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech... Nie był szczery, czy miły. Szarpnąłem się mocno, wyrywając mu się, straciłem równowagę i upadłem na beton, po chwili wstałem i zacząłem biec przed siebie, z całych sił, tak, że nauczyciel nie był w stanie mnie dogonić. Byłem już na peryferiach miasta. Ujrzałem laboratorium profesora Oaka. Coś mnie podkusiło, aby wejść do środka. A więc wszedłem. Było ciemno. Pewnie wyszedł na miasto. Ujrzałem stolik, jakieś dziwne urządzenie i na nim pokeball. Podszedłem, zastanawiając się, jaki Pokemon w nim się znajduję. Nagle poczułem ból w tyle głowy i zniekształcone głosy młodego i starego człowieka. Upadłem, tracąc przytomność. Gdy się obudziłem, ból był straszny. Było już widno, gdy otworzyłem oczy, ujrzałem starszego człowieka i tego... młodego. Był to profesor Oak i jego wnuczek, Green. Złapałem się za tył głowy, patrząc swoimi wściekle czerwonymi oczami, to na piwnookiego, to na zielonookiego. Blondyn tylko uśmiechnął się perfidnie. A starszy spojrzał na mnie karcącym spojrzeniem.
-Czy z Tobą jest coś nie tak? Green mi powiedział, że widział niezłe przedstawienie z Tobą w roli głównej. - Profesor Oak był wyraźnie zirytowany. - Nie zgłoszę Cię na policje, pod jednym warunkiem. Dzisiaj pójdziesz z moim wnukiem łapać małe Weedle i Caterpie. Tylko uważajcie na Bedrile. Nie lubią, jak dotyka się ich potomstwo. - Green spojrzał na dziadka, z szeroko rozszerzonymi źrenicami otworzył buzie, jak by miał wyrazić sprzeciw, lecz tego nie zrobił. był wyższy o głowę ode mnie, miał 17 lat, blond włosy, ładnie ułożone, czarną polówkę, fioletowe rurki, czarne opaski frote na nadgarstki i glany. Wydawał się być bardzo przystojny... Od razu potrząsnąłem głową. O czym ja myślę?! No, ale mniejsza o to. Idziemy łapać Pokemony! Podekscytowany wstałem i otrzepałem spodnie. Green spojrzał w moim kierunku - Ruszajmy, młody - Rzucił przez ramię i wyszedł z laboratorium, ruszyłem potulnie za nim, a profesor Oak pomachał nam i życzył powodzenia. To się nazywa kochany dziadek. Z Pallet town, kierowaliśmy się stronę lasu Viridian. Green był jakiś mało rozmowny... Ciężko było nawiązać z nim jakikolwiek temat... Słońce dawało sie we znaki, oprócz wysokiej trawy nie było tutaj nic. Szliśmy dobrą godzinę. Chociaż Green mówił, że ten las jest dosyć daleko... W tej długiej niezręcznej ciszy, Green zaczął pogwizdywać, a potem śpiewać "W drodzę do Viridian city [...]", jednak nie był chyba taki zły... Obym się nie mylił...
-Mam Cię, gówniarzu! Wagarujesz sobie, idziemy do dyrektora. Już za dużo opuściłeś, abym Cię puścił.
Zaczął ciągnąć mnie za rękę, wyprowadzając z tłumu. Tym krzykiem zrobił niezłe widowisko, że nawet zielonooki blondyn spojrzał się z uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech... Nie był szczery, czy miły. Szarpnąłem się mocno, wyrywając mu się, straciłem równowagę i upadłem na beton, po chwili wstałem i zacząłem biec przed siebie, z całych sił, tak, że nauczyciel nie był w stanie mnie dogonić. Byłem już na peryferiach miasta. Ujrzałem laboratorium profesora Oaka. Coś mnie podkusiło, aby wejść do środka. A więc wszedłem. Było ciemno. Pewnie wyszedł na miasto. Ujrzałem stolik, jakieś dziwne urządzenie i na nim pokeball. Podszedłem, zastanawiając się, jaki Pokemon w nim się znajduję. Nagle poczułem ból w tyle głowy i zniekształcone głosy młodego i starego człowieka. Upadłem, tracąc przytomność. Gdy się obudziłem, ból był straszny. Było już widno, gdy otworzyłem oczy, ujrzałem starszego człowieka i tego... młodego. Był to profesor Oak i jego wnuczek, Green. Złapałem się za tył głowy, patrząc swoimi wściekle czerwonymi oczami, to na piwnookiego, to na zielonookiego. Blondyn tylko uśmiechnął się perfidnie. A starszy spojrzał na mnie karcącym spojrzeniem.
-Czy z Tobą jest coś nie tak? Green mi powiedział, że widział niezłe przedstawienie z Tobą w roli głównej. - Profesor Oak był wyraźnie zirytowany. - Nie zgłoszę Cię na policje, pod jednym warunkiem. Dzisiaj pójdziesz z moim wnukiem łapać małe Weedle i Caterpie. Tylko uważajcie na Bedrile. Nie lubią, jak dotyka się ich potomstwo. - Green spojrzał na dziadka, z szeroko rozszerzonymi źrenicami otworzył buzie, jak by miał wyrazić sprzeciw, lecz tego nie zrobił. był wyższy o głowę ode mnie, miał 17 lat, blond włosy, ładnie ułożone, czarną polówkę, fioletowe rurki, czarne opaski frote na nadgarstki i glany. Wydawał się być bardzo przystojny... Od razu potrząsnąłem głową. O czym ja myślę?! No, ale mniejsza o to. Idziemy łapać Pokemony! Podekscytowany wstałem i otrzepałem spodnie. Green spojrzał w moim kierunku - Ruszajmy, młody - Rzucił przez ramię i wyszedł z laboratorium, ruszyłem potulnie za nim, a profesor Oak pomachał nam i życzył powodzenia. To się nazywa kochany dziadek. Z Pallet town, kierowaliśmy się stronę lasu Viridian. Green był jakiś mało rozmowny... Ciężko było nawiązać z nim jakikolwiek temat... Słońce dawało sie we znaki, oprócz wysokiej trawy nie było tutaj nic. Szliśmy dobrą godzinę. Chociaż Green mówił, że ten las jest dosyć daleko... W tej długiej niezręcznej ciszy, Green zaczął pogwizdywać, a potem śpiewać "W drodzę do Viridian city [...]", jednak nie był chyba taki zły... Obym się nie mylił...
Subskrybuj:
Posty (Atom)